15 listopada 2015

Mój błogostan

Gdybym miał w tym dniu ze sobą kamerę pokazałbym tę kreację stąd. Nie mam materiału filmowego więc odwołam się do twojej wyobraźni. Obiecuję sobie, że wkrótce nakręcę taki shot, abyś zobaczył to co ja. Wycinek z dnia, kawałek o niczym, o ludziach, o ulicy, o chwili najzwyklejszej ze zwykłych i najważniejszej z najważniejszych, bo wydarzającej się w tamtym, jedynym osobliwym Teraz. Wyciągnąłem się na miejskiej plaży w Peniche, niedaleko Xakra Bar, w pełnym Słońcu, wdychałem jod, wsłuchiwałem się w jednostajny hałas fal i śmiech dzieci biegających po piasku przy knajpie. Chwilę wcześniej patrzyłem na surferów, ale szybko musiałem zamknąć oczy z powodu oślepiającego blasku wody iskrzącej się w popołudniowym Słońcu. Było mi dobrze, zupełnie podobnie jak kiedyś kiedy delektowałem się posezonowym spokojem wrześniowych, ciepłych jeszcze, ostatnich dni lata nad Bałtykiem. Z tą różnicą, że teraz był listopad, nie byłem tutaj na wakacjach i nie w głowie było mi rezerwowanie biletu powrotnego do domu. Mój dom był tu, blisko tej plaży i blisko tego portu skąd rybackie kutry wypływają w morze podczas gdy inne właśnie wracają z połowów. Leżałem tak, uświadamiając sobie całym sobą swoje położenie. Tu i teraz moje położenie jest na gorącym piasku, pod bezchmurnym niebem, z przyjaznym jazgotem mew nad głową. Drobny fakt, że to niedziela, tzw. dzień wolny, nic tu nie zmienia. Wczoraj było tak samo, i przedwczoraj też. Jutro, w poniedziałek też tak będzie, gdy tak postanowię. Przecież do plaży mam 10 minut piechotą. Leżałem tak z godzinę. Gdyby komisja egzaminacyjna w szkole aktorskiej poprosiła mnie o zamanifestowanie ciałem błogostanu, o odegranie takiego nastroju, to nie wymyśliłbym niczego lepszego. To byłaby piątka z plusem. Błogostan bez ściemy. Najlepsze aktorstwo świata bez aktorstwa. W takim stanie ruszyłem przed siebie, do auta zostawionego na parkingu przy plaży. I tutaj dopiero zaczyna się mój shot, krótki film, wycinek z dnia. Idę i widzę jak świat śmieje się do mnie, piękne matki pięknych dzieci przy Xakra Bar – wszyscy uśmiechnięci i rozbawieni, zakochana para na piasku – głośny śmiech, mewy – śmiech na całe gardło, Słońce – bardziej się nie da. Jakiś rybak ze swojej łódki pomachał w moją stronę, obok przebiegł surfer z wielką deską pod pachą – jaka piękna twarz, wystawiona do Słońca, podekscytowana przygodą. W aucie znajoma, stara płyta zabrzmiała jak największe odkrycie muzyczne ostatniego czasu. Mijam roześmianych kierowców jadących z naprzeciwka, wzdłuż ulicy biegacze – jacy piękni w swoim zawziętym joggingu itd. Do teraz mnie trzyma. Kiedyś nie miałem pojęcia, że to takie proste.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz